NIEBEZPIECZEŃSTWEM»
Ciąg dalszy tego samego dnia. A, 2181-2189
Jezus mówi:
«Wiele razy nie czekam, aż wezwie się Mnie, kiedy widzę jednego z Moich
synów w niebezpieczeństwie. I wiele razy biegnę także do tego, kto jest dla
Mnie dzieckiem niewdzięcznym.
Śpicie albo raczej jesteście zajęci sprawami życiowymi, troskami życiowymi. Ja
zaś czuwam i modlę się za was. [Jak] Anioł wszystkich ludzi trwam pochylony
nad wami i nic nie jest dla Mnie bardziej bolesne niż nie móc zadziałać, gdyż wy
odrzucacie Moją pomoc. Wolicie bowiem działać sami lub – co jeszcze gorsze –
prosicie o pomoc Złego. Jak ojciec – który słyszy syna mówiącego do niego: “Ja
cię nie kocham, nie chcę cię, wyjdź z mojego domu” – zostaję upokorzony i
zasmucony tak, jak nie byłem [nawet] z powodu ran. Jeśli jednak nie
nakazujecie Mi: “Odejdź precz” i jeśli tylko jesteście rozproszeni przez życie,
jestem Wiecznym Stróżem, gotowym przyjść, zanim jeszcze zostanę wezwany.
A jeśli czekam, abyście wypowiedzieli do Mnie słowo – czasem ckam na nie – to
dlatego, żeby usłyszeć, jak Mnie wołacie. Jaka to pieszczota, jaka słodycz
usłyszeć, że ludzie Mnie wzywają! Słyszeć, że przypominają sobie, iż to Ja
jestem “Zbawicielem”.
A nie muszę ci chyba mówić, jaka nieskończona radość Mnie przenika i ogarnia,
gdy ktoś kocha Mnie i wzywa, nie czekając na godzinę, [gdy będzie] w
potrzebie. Woła Mnie, bo Mnie kocha bardziej niż wszystko na świecie i
odczuwa, że się napełnia radością – podobną do radości Mojej – już na samo
zawołanie Mnie: “Jezu, Jezu”. To tak jak dzieci, którym – kiedy wołają: “mama,
mama” – wydaje się im, że miód spływa im z ust, bo już samo słowo “mama”
przynosi ze sobą smak matczynych pocałunków.
Apostołowie wiosłowali, posłuszni Mojemu poleceniu, udając się do Kafarnaum,
żeby na Mnie czekać. A Ja, po cudzie [rozmnożenia] chleba, odłączyłem się od
tłumu. Nie [uczyniłem tego] z powodu pogardy dla ludzi, lecz ze względu na
zmęczenie. Nie gardziłem ludźmi, nawet jeśli byli wobec Mnie źli. Gniew ogarnął
Mnie jedynie wtedy, gdy ujrzałem podeptanie Prawa i profanację domu Bożego.
Ale wtedy nie chodziło o Mnie, lecz o sprawy Ojca. Byłem przecież na ziemi
pierwszym ze sług Bożych, który służył Ojcu Niebieskiemu.
Nigdy nie byłem zmęczony poświęcaniem się dla tłumów, nawet wtedy kiedy
widziałem je zamknięte, ociężałe, [przeniknięte] ludzkim [sposobem myślenia i
zachowania] do tego stopnia, że łamały serca nawet tym najbardziej
przekonanym o słuszności swojej misji. A nawet właśnie dlatego, że mieli tyle
braków, Ja mnożyłem Moje wyjaśnienia w nieskończoność, traktowałem ich
naprawdę jak opóźnionych uczniów. Prowadziłem ich umysły ku najbardziej
podstawowym odkryciom i wtajemniczeniom, jak cierpliwy nauczyciel, który
654
kieruje małymi, niezręcznymi, piszącymi pierwsze litery dłońmi uczniów, żeby
uczynić ich coraz bardziej zdolnymi do rozumienia i do działania. Ileż miłości
okazałem tłumom! Wyprowadzałem je z ciała, żeby je zaprowadzić do ducha. Ja
też zaczynałem od ciała... Szatan zajmuje się ciałem, żeby je doprowadzić do
piekła, Ja zaś zajmowałem się nim, żeby je poprowadzić ku Niebu.
Poszedłem na odosobnienie, żeby podziękować Ojcu za cud [rozmnożenia]
chlebów. Było kilka tysięcy osób, które jadły, i nakazałem im powiedzieć:
“Dziękuję” Panu. Jednak po otrzymaniu pomocy człowiek nie potrafi
powiedzieć: “dziękuję”. Mówiłem więc to za nich. A potem... A potem zespoliłem
się z Ojcem, za którym tęskniłem, odczuwając nieskończoną tęsknotę miłości.
Byłem na ziemi, lecz tak jak zwłoki pozbawione życia. Mój duch rzucił się na
spotkanie Mojego Ojca. Odczuwałem Go bowiem pochylonego nad Jego Słowem.
Ono mówiło: “Kocham Cię, o Ojcze Święty!” To było Moją radością mówić Mu:
“Kocham Cię...” Mówić to do Niego także jako człowiek... oprócz tego, że
mówiłem Mu to jako Bóg. Jako człowiek korzyłem przed Nim Moje uczucie, tak
samo jak ofiarowywałem Mu bicie Mojego Boskiego serca. Wydawało Mi się, że
jestem magnesem, który przyciąga ku Niemu wszelką miłość ludzi, zdolnych
kochać Boga niewiele. Gromadziłem i ofiarowywałem [te miłości] w głębi
Mojego Serca. Wydawało Mi się, jakbym Ja sam był Człowiekiem, to znaczy
ludzką rasą, powracającą, jak w dniach niewinności, rozmawiać z Bogiem w
chłodzie wieczoru.
Choć Moje szczęście było pełne, bo to było szczęście miłości, ono nie oddalało
Mnie od ludzkich potrzeb. Spostrzegłem, że Moje dzieci na jeziorze są w
niebezpieczeństwie. I opuszczałem Miłość dla miłości. Miłość powinna się
śpieszyć.
Oni Mnie wzięli za zjawę. O! Ileż razy, Moje biedne dzieci, bierzecie Mnie za
zjawę, za coś, co budzi lęk! Gdybyście zawsze o Mnie myśleli, od razu byście
Mnie rozpoznali, lecz macie tak wiele innych zjaw w sercu i to wywołuje zamęt
w waszych głowach. Ja jednak daję się rozpoznać. O! Gdybyście Mnie potrafili
słuchać!
Dlaczego Piotr tonie, po przejściu wielu metrów? Powiedziałem: bo natura
ludzka wzięła górę nad jego duchem.
Piotr był w wielkim [stopniu jeszcze tylko] człowiekiem. Gdyby chodziło o Jana,
on nie miałby ani tej nadmiernej odwagi, ani nietrwałości i zmienności myśli.
Czystość daje rozwagę i stałość. Piotr jednak był “człowiekiem” w całym tego
słowa znaczeniu. Pragnął wyróżniać się spośród innych, dać poznać, że “nikt”
nie kochał Nauczyciela tak jak on. Chciał się narzucać. Tylko z racji tego, że był
jednym z Moich [apostołów] sądził, że jest już ponad słabościami ciała.
Tymczasem w różnych doświadczeniach biedny Szymon dawał dowody
[zachowań] niezbyt wzniosłych. To jednak było konieczne, żeby potem mógł być
tym, który uwiecznia miłosierdzie Nauczyciela w rodzącym się Kościele.
Piotr nie tylko pozwala, że bierze nad nim górę lęk o zagrożone życie, lecz staje
się – jak powiedziałaś – wyłącznie “drżącym ciałem”. Nie zastanawia się, nie
patrzy na Mnie.
Wy też się tak zachowujecie. I im bardziej nieuchronne jest niebezpieczeństwo,
tym bardziej chcecie działać sami. Tak jakbyście potrafili coś [sami] zrobić! W
godzinach, kiedy powinniście mieć ufność we Mnie i wołać Mnie, wy – jak nigdy
dotąd – oddalacie się i zamykacie przede Mną serca, a nawet Mnie przeklinacie.
Piotr Mnie nie przeklina, lecz zapomina o Mnie. Ja muszę zatem uwolnić moc
woli, żeby wezwać do Mnie jego ducha i sprawić, że podniesie oczy na swego
Nauczyciela i Zbawiciela. Z góry rozgrzeszam go z jego grzechu zwątpienia,
655
gdyż kocham tego impulsywnego [człowieka]. On bowiem – kiedy zostanie
utwierdzony w łasce – będzie potrafił iść naprzód, już się nie niepokojąc ani nie
ustając, aż do męczeństwa. Będzie niestrudzenie, aż do śmierci, zarzucał swą
mistyczną sieć, żeby doprowadzić dusze do swego Nauczyciela. I kiedy Mnie
wzywa, Ja nie idę, lecz unoszę się w powietrzu, by go uratować, i trzymam go
mocno, żeby go doprowadzić w bezpieczne miejsce.
Mój wyrzut jest pełen łagodności, gdyż rozumiem wszystkie okoliczności
łagodzące [winę] Piotra. Ja jestem najlepszym obrońcą i najlepszym sędzią, jaki
istnieje i jaki kiedykolwiek będzie [istniał]. Dla wszystkich. Ja was rozumiem,
Moje biedne dzieci! I nawet kiedy zwracam się do was z upomnieniem, Mój
uśmiech je łagodzi. Kocham was. To wszystko.
Chcę, żebyście mieli wiarę. Kiedy zaś ją posiadacie, przychodzę i chronię was
przed niebezpieczeństwem. O! Gdyby ziemia potrafiła powiedzieć: “Nauczycielu,
Panie, ratuj mnie!”. Wystarczyłby jeden okrzyk, lecz całej Ziemi, żeby w jednej
chwili szatan i jego słudzy upadli zwyciężeni. Wy jednak nie potraficie mieć
wiary. Mnożę więc środki, żeby was doprowadzić do wiary. Jednak one wpadają
do waszego bagna jak kamień w bagienne moczary i grzęzną w nich. Nie
chcecie oczyścić wód waszego ducha, wolicie bowiem być zgniłym błotem.
Nieważne. Ja spełniam Mój obowiązek Wiecznego Zbawcy. I choć nie potrafię
ocalić świata, gdyż świat nie chce być ocalony, ocalę ze świata tych, którzy już
nie należą do świata, bo kochają Mnie tak, jak powinienem być kochany.